[9]

niedziela, 28.września.2008, 20:39
Today is quiet in my town

Wczoraj straciłam matkę.
Nie dosłownie, choć w sumie - stracenie matki emocjonalnie chyba jest bardziej dosłowne niż stracenie jej fizycznie.
Nie wiem.

Zaczęło się od tego, że moja Prababcia, a właściwie ja ją zawsze nazywam Babunią, miała wczoraj wylew.
Stan jest poważny ale stabilny, tak przynajmniej określa się Ją językiem lekarzy.
Językiem ludzi - jest sparaliżowana, mówi, ale bez świadomości, podobno jedynie oczy oddają jakiekolwiek zrozumienie.
Jeszcze to do mnie nie dochodzi, zwłaszcza, że jak odwiedziłam ją w połowie sierpnia, czuła się dobrze. Oglądała programy przyrodnicze i robiła sobie z nich notatki, mimo osiemdziesięciu ośmiu lat.

A wczoraj jeden telefon zmienił ją w Pacjentkę, Przypadek lekarski, Chorego. Zupełnie nagle.

Mój ojciec jest załamany [choć tego po sobie nie pokaże za nic w świecie] i przerażony sytuacją Kobiety, która go wychowała.
Moja matka nie rozumie chyba nic z tego wszystkiego, bo najpierw zaczęła komentować zdrowie psychiczne Babuni z ostatnich kilku lat ze swoją matką, a gdy powiedziałam, że to dla mnie obrzydliwe, zaczęła mi wrzucać.
Pierwszy raz wyszłam z domu i nie wróciłam na noc, napisawszy SMSa, że jestem u Adama.
Gdy wróciłam, okazało się, że moja matka ze swoją matką dalej nakręcają się wzajemnie przeciwko mnie. W dodatku moja matka miała czelność robić mojemu sponiewieranemu psychicznie i nerwowo ojcu wymówki, za jakieś graty niewyniesione do piwnicy.

A ja czekam.
Na wiadomości o Babuni.
Na to, aż będę miała szansę odejść z tego domu.
Na to, aż będę mogła przestać nazywać moją matkę matką.

I wciąż modląc się, by to nie miało związku, mam w głowie ten tekst:

Today I've heard that someone left this Earth.
That someone disappeard, left no mark here.


Civil Twilight - 'quiet in my town'


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

[8]

poniedziałek, 1.września.2008, 22:10
Znów zaczynam jeść niepoliczalne ilości słodyczy.
Znowu pochłaniam lody, czekolady, torciki, batoniki.
Znowu zajadam strach i stres.

Ironia losu z tym dorastaniem, no.
Jeszcze niedawno tak jęłam się uniezależniać, studiować, żyć sama na siebie.
A teraz?
Matura mnie przeraża.
Nie, nie jestem wypoczęta, świeża po wakacjach i gotowa do zapierdalania, jakby tego życzył sobie mój dyrektor.
Jestem rozsypana.
Bo nie wiem jak to będzie.

Nie wiem, jak będzie w domu. Nie wiem, czy będę w stanie znosić dalej wątpliwości, czy zdam maturę z historii (choć zawsze miałam z niej czwórkę), obelgi, że jestem żałosna, śmieszna, infantylna, nieodpowiedzialna, choć tak naprawdę nigdy nie nadszarpnęłam poważnie zaufania rodziców.

Nie wiem, jak dam sobie radę z uszczuploną ilością Adama w kalendarzu.
I niby rozumiem, że jego studia są wymagające, że 3 razy w tygodniu to i tak dużo.
Ale z drugiej strony wiem, że teraz właśnie mija ten najcudowniejszy okres, kiedy moglibyśmy tak po prostu cieszyć się sobą.
A zwyczajnie nie mamy na to czasu.

Nie wiem, jak dam radę podtrzymywać Cię i być dla Ciebie oparciem.
Nie wiem, czy kiedykolwiek dawałam radę.
Chciałabym dać Ci bezpieczeństwo.


Chciałabym być po prostu szczęśliwa i spokojna.

Ale to nie teraz, Panocku....


Dramagods - 'Sky'
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi: